Dziś będzie o tym jak mamuśka potrafi nawalić…

Dziś będzie o tym jak mamuśka potrafi nawalić…

Pamiętacie eksperyment zero waste, którego podjęłam się w październiku? Otóż miałam Wam donosić o postępach i do dziś tego nie zrobiłam. Czas najwyższy na podsumowanie, a tu ani widu ani słychu. Ani grama słówka na ten temat. A no właśnie… Zastanawiacie się dlaczego?

Bo należy mi się lincz…

Przyznaję: po całej linii dałam ciała.
W miesiącu październiku naszej rodzinie zdarzyło się wyrzucić ekstremalnie ogromne ilości żywności. Chyba w życiu tego tyle nie było (a może nie przyglądałam się wcześniej zbyt dokładnie?). Im dłużej ten miesiąc trwał, tym bardziej byłam załamana.

I zastanawiałam się dlaczego tak się stało, że nie potrafiliśmy odpowiedzialnie gospodarować zasobami, na które ciężko zapracowaliśmy, które sami do domu zataszczyliśmy i które sami przygotowaliśmy do spożycia.

Chcecie wysłuchać moich pokracznych tłumaczeń, czy od razu przejść do sedna?

No dobra. Będą tłumaczenia, ale z góry wiem, że one nic nie znaczą. To tylko wymówki, których ani ja, ani Wy nie powinniście dopuścić do głosu.

Nie ma wytłumaczenia na brak szacunku.

1. Zaczęła się uczelnia i miałam zdecydowanie mniej czasu.
2. Więcej jadałam na mieście.
3. Mąż więcej jadał na mieście, bez wcześniejszego uprzedzenia mnie.
4. Ola ząbkowała i wyjątkowo nie miała apetytu.
5. Dużo wyjeżdżaliśmy i standardowa organizacja weekendu zamieniła się w totalną improwizorkę.
6. Moje cele były rozmyte, zadania niedokładnie sformułowane…

wiecie co?
To bez sensu…

REWIND…

NIE SZANUJEMY TEGO CO MAMY. Chociaż… inaczej!

Nie szanuję tego, co mam.

A mam wiele. Chyba za dużo.

Nigdy w życiu nie brakowało mi niczego, nigdy nie głodowałam, zawsze ktoś się mną opiekował, jakoś niespecjalnie było dotychczas pod górkę w kwestiach ekonomicznych. Mimo, że rodzice zawsze próbowali wpajać mi szacunek do jedzenia, to jakoś chyba im nie wyszło. Może metody wybrali nie takie jak trzeba? (O! A tak swoją drogą – jak Wasi rodzice uczyli Was szacunku do jedzenia? Jak Wy go wpajacie swoim dzieciom aktualnie? Jakieś sugestie?)

Nie umiem szanować pracy rąk ludzkich. Nie szanuję nawet pracy rąk własnych. Jestem leniem. Rozpieszczonym, nieodpowiedzialnym dzieciuchem skończonym. I najwyższa pora to zmienić. Chciałabym, aby Ola miała więcej szacunku do jedzenia niż jej mama ma obecnie.

Postanawiam poprawę.

Eksperyment, mimo, że nie zakończył się tak, jak tego oczekiwałam – POWIÓDŁ SIĘ. Powiódł się, bo spowodował, że zatrzymałam się nad tematem marnowania żywności w naszym domu, zaczęłam ten proces bacznie obserwować. Październik dał mi sporo do myślenia i pozwolił wyciągnąć nowe wnioski. A może i Wam, moi Drodzy Czytelnicy?

Eksperyment nie jest jeszcze zakończony. Właściwie, to on dopiero się w naszym domu rozpoczyna. I trochę jeszcze potrwa…

Tylko muszę działać inaczej, zacząć grzebać głębiej. Mam taki pomysł, że może powinnam się bliżej zetknąć z osobami, którym pożywienia brakuje. NA CODZIEŃ. Może powinnam im pomóc. Jak inaczej nauczyć się doceniać to, co zawsze brałam za pewniaka? Macie pomysły?
Będę wdzięczna za wszelkie rady.

  • Co do przekazywania dzieciom szacunku do jedzenia, ja stawiam nacisk na to, że rodzice musieli pracować na jedzenie. Jak będziemy wyrzucać, Tata będzie więcej w pracy, a mniej w domu.
    Ja chyba niewiele wyrzucam z jedzenia, ale zaobserwowałam u siebie wymówki, wynikające z interesowania się zdrowym jedzeniem. Takie totalnie chore wymówki. Jak mi chleb spleśnieje albo zepsuje się wędlina, mówię sobie, że to nie jedzenie, że to przecież syf. Gluten z polepszaczami, zapychaczami i innymi niezdrowymi sprawami.