Domowa psychoterapia, czyli jak nie dać się zwariować?

Domowa psychoterapia, czyli jak nie dać się zwariować?

Kilka postów wcześniej pisałam o tym, że pasje trzeba mieć:

Numerem trzy na mojej liście priorytetów są pasje. Bo spełniają moje wewnętrzne, nienazwane czasem nawet potrzeby. Mam taką teorię, że aby być szczęśliwym trzeba mieć w życiu zajęcia, które przynoszą nam radochę – nic więcej. Dla części z Was będą to skoki ze spadochronu, zdobywanie ośmiotysięczników, a dla innych szydełkowanie, scrapbooking, blogowanie, czy kolokwialnie zwane „stanie przy garach”. Byle banan był na twarzy.

Otóż jedną z moich największych życiowych pasji jest scrapbooking i o tym chciałabym dziś napisać.

Byle banan był na twarzy.

Niektórych z Was może to zaskoczy, może zadziwi lub wręcz zszokuje… ale zachęcona akcją „Mój świadomy wybór” organizowaną przez Kasię z bloga „Ograniczam się” i tym oto wpisem jednej z uczestniczek wyzwania, noszącym tytuł „Idę na terapię” oraz rozszerzeniem tej wypowiedzi poczynionym przez Kasię przyznam się i ja: sama mam za sobą terapię indywidualną z psychologiem.

Szokujące? Dla mnie nie bardzo. Być może odrobinę za długo się zbierałam, ale aktualnie moje nastawienie do terapii jest bardzo pozytywne!

Może kiedyś napiszę o tym więcej, natomiast dziś chciałabym się z Wami podzielić innym rodzajem terapii jaką uprawiam w swoim życiu od kilku dobrych lat (niedługo stuknie 10 lat! wow!). I przyznam szczerze, że jej pozytywne działanie jest widoczne z daleka i do tego bywa zaraźliwe!

Nie wymaga kontaktu ze specjalistą, ale często mobilizuje do udziału w „sesjach grupowych”. Nie wymaga wychodzenia z domu, a jedynie do tego mobilizuje. Wada: Ta terapia jest uzależniająca!

Scrapbooking.

Scrapbooking? Yyyy? Ale co Ty Mira mówisz w ogóle do mnie? Tia. Znajomym już dawno przestałam próbować tłumaczyć co to za sport. Zaczęłam pokazywać. Może więc i Wam pokażę?

Ale tytułem wstępu:

scrap – ścinek papieru, skrawek, śmiecioch najzwyklejszy;

book – książka, album

Współczesny scrapbooking wywodzi się z amerykańskich tradycji tworzenia rodzinnych kronik pamiątkowych, albumów ze zdjęciami których bazą są zdjęcia i ścinki papieru. Aktualnie to nic innego jak odzwierciedlenie zamiłowania do produktów papierniczych i kolekcjonowania wspomnień. Tak w wielkim skrócie! Zobaczcie, bo to sztuka stricte wizualna:

IMG_6568-3 IMG_7480 IMG_6576 IMG_6571 IMG_7259

Że to niby ma być terapia??

Jakiś czas temu wpadłam w Internetach na bardzo trafnie ujęty temat zmian w diecie. Przeczytajcie koniecznie jeśli interesuje Was skuteczny sposób na zdrowe odżywianie.

I co ma kotlet do terapii oraz albumów ze zdjęciami? Ano prosta analogia! Pani Strzelec pisze, że najskuteczniej zadziałamy w kierunku zmiany diety na zdrową, jeśli będziemy jeść dobre! Dużo dobrego! Wówczas dobre wyprze to złe! I tu cały pies pogrzebany! Zgadzam się w stu procentach! Jeśli zaczniemy jeść dużo dobrego, w brzuchu najzwyczajniej w świecie zabraknie miejsca na złe.

Tak samo z naszymi problemami z głową/z samymi sobą – jeśli wprowadzimy w nasze życie hobby, które pochłonie nas bez reszty – najzwyczajniej w świecie zabraknie nam czasu na zajmowanie się wyimaginowanymi problemami i kompleksy. I nie mówię tu zaraz o unikaniu konfrontacji z problemami (psychoterapię polecam i tak!), czy też popadanie w scrapbookingowy zakupoholizm (uwaga! to całkiem realne zagrożenie!) o nie nie nie nie nie! Mówię tu o terapii sztuką. Najzwyklejszym wyżyciu się artystycznym. Przelaniu myśli czy też emocji na papier. Czy to w formie ART journala, Bible journalingu, czy po prostu journalingu, albo też albumów ze zdjęciami, również w wersji mini lub w wersji kieszonkowej. Coś, co pozwoli Wam się wyciszyć. Rozładować emocje. A potem możecie na spokojnie i powolutku rozwiązywać problemy (o ile są prawdziwe!)

Ale ale ale… Muszę ostrzec: to co zadziałało u mnie nie zadziała na wszystkich! Moim zagrożeniem było poszukiwanie problemów, tam gdzie w rzeczywistości ich nie było. Prowadziło mnie to w złe miejsca i potrafiło zniszczyć relację z drugim człowiekiem. Odkąd znalazłam sobie hobby, przestałam się zamartwiać! Wpadłam jak śliwka w kompot! Nie było już czasu na poszukiwanie problemów tam gdzie ich nie ma! Najpierw były skrapy i mini albumy, następnie w scrapbooking kieszonkowy. I w ten oto sposób zamieniłam nadmierne rozkminianie w ideę kolekcjonowania wspomnień. I tak idę sobie przez życie i nie wyobrażam lepszej formy spędzania wolnego czasu!

O albumach kieszonkowych na pewno jeszcze napiszę (cały mój poprzedni blog w był ostatnio poświęcony tej formie wyżycia artystycznego), ale jestem ciekawa, czy ktokolwiek z Was ma jakąś pasję, która dodaje koloru Waszemu życiu i powoduje, że w każdego dnia macie uśmiech na twarzy? Czy zgodzicie się ze mną, że Wasze hobby jest jak dobra psycho-terapia? Napiszcie w komentarzach! Kto wie!? Może Wasza pasja okaże się dla mnie zaraźliwa?

  • Mój mąż do dziś się dziwi jak wycinanie, klejenie i przekładanie obrazków z miejsca na miejsce może być relaksujące a dla mnie to godzinka lub dwie gdzie jestem tylko ja, moje przydasie i zakaz przeszkadzania ;P Mira apeluję o więcej Oli Fasoli i PL na stronie! Jeżeli kiedykolwiek będę mieć dzieci chciałabym im móc podarować tak przemyślany i inspirujący album jaki Ty tworzysz dla Oli :)

    • Mira Jurecka

      Cóż za cudowny apel :D Już niedługo obiecuję, będzie więcej na temat mojego albumu. Zbieram się do scrapowych postów jak mucha w smole, ale będą na pewno! Jest już pewien zarys :D Dziękuję za Twój komentarz! A mąż za jakiś czas przestanie się dziwić, tylko będzie Ci podrzucał pomysły na fotki :D BILIVMI :D Dzięki wielkie Karina!

  • Mira Jurecka

    test komentarza